Wykorzystanie narzędzi online w procesach partycypacji to bardzo popularny temat, od kilkunastu lat badacze na całym świecie pełni nadziei opisują, jak platformy cyfrowe pomogą zwiększyć aktywność obywateli. Dzisiaj możemy już sprawdzać, jak to działa naprawdę. Warszawski Budżet Obywatelski jest świetnym przykładem, ponieważ pokazuje jak przez lata działa to samo narzędzie. Zaczęliśmy nasze analizy od porównania najnowszych dyskusji na platformie BO i dyskusji w mediach społecznościowych (Facebooku). To oczywiście dwie zupełnie inne sytuacje, Facebooka przeglądamy na co dzień, informacja o BO może się nam pojawić przy okazji. Na platformę miejską musimy zajrzeć celowo. Na Facebooku dyskusje dotyczą budżetu tak w ogóle lub konkretnego projektu, którym miasto właśnie się pochwaliło na profilu. Na platformie budżetu dyskutować można tylko o konkretnych projektach. Platforma ta pozwala też na większą anonimowość użytkowników (wobec innych uczestników dyskusji). Okazało się, że zdecydowana większość komentarzy pod konkretnymi projektami ma charakter pozytywny i wspierający. Na Facebooku dominowała krytyka, budżetu w ogóle i wybranych projektów. Najmocniej wybrzmiewającym (na Facebooku) zarzutem było "zagarnięcie budżetu obywatelskiego przez radnych". Niektórzy komentujący (i znów powtarza się sytuacja, o której wspomniałam wcześniej - to są dwie, trzy osoby, które komentują bardzo dużo i bardzo często, co sprawia, że ich punkt widzenia wydaje się dominujący) krytykują to, że radni w ogóle mogą zgłaszać pomysły do budżetu obywatelskiego, skoro mają do dyspozycji całą resztę budżetu dzielnicy. Urzędnicy wyjaśniają, że obecne przepisy nie pozwalają na wykluczenie mieszkańca tylko dlatego, że pełni funkcję radnego. Inni komentujący dodają, że przecież zdarza się, że ktoś jest aktywny, zgłasza pomysły i potem zostaje radnym albo że radny zgłasza projekty w imieniu mieszkańców. Tak czy inaczej na pewno przez lata funkcjonowania budżetu pojawiła się grupa osób, których pomysły nie były zakwalifikowane do głosowania, nie zostały wybrane w głosowaniu, nie zostały zrealizowane zgodnie z oczekiwaniami. To jest rozczarowujące. Jednoczenie przez lata zmieniały się też zasady, według których budżet działał. Te pierwsze edycje budziły zainteresowanie mieszkańców jako pewna nowość i nowa możliwość działania, również online. Dyskusje z 2015 czy 2016 roku to długie komentarze, z mnóstwem informacji, porad, pytań. W 2026 roku mamy bardzo wiele komentarzy typu: świetny pomysł, popieram, zagłosuję. Być może na początku było więcej entuzjazmu, pojawiały się też takie zdania: to na początek, od czegoś trzeba zacząć, jak to się sprawdzi, w przyszłym roku zgłosimy więcej. Dzisiaj Budżet Obywatelski stał się pewną rutyną, stracił urok nowości. Stracił też - w wyniku zmian w ogólnopolskim prawie – elementy dyskusji nad projektami. W pierwszych edycjach odbywały się spotkania, na których autorzy przedstawiali swoje projekty. Obecnie nie trzeba nad nim dyskutować, wystarczy zagłosować. Przestrzenią dyskusji pozostała platforma, ale mieszkańcy nie do końca wykorzystują jej możliwości. I jeszcze jedna obserwacja – w 2015 roku dyskutujący narzekali na "głupich, durnych ludzi", którzy nie sprzątają po swoim psie, niszczą place zabaw, zostawiają po sobie brudną toaletę, śmiecą w lesie itd., zgłaszane projekty miały ich edukować i wyrabiać dobre nawyki. W 2025 roku komentujący narzekają na zgłaszających projekty (że robią to niewłaściwie, dla zysku, nie znając realiów dzielnicy) albo na urzędników (że źle oceniają projekty lub wymuszają niepożądane zmiany).
dr hab. Urszula Soler, prof. SGGW

Tegoroczna konferencja ESA stawia w centrum pytanie o kondycję współczesnych społeczeństw i wzmacnianie demokracji. Co z perspektywy Pani/Pana badań jest dziś jedną z najważniejszych zmian społecznych, której powinniśmy przyglądać się szczególnie uważnie?
Mam wrażenie, że jeszcze kilka lat temu sztuczna inteligencja była dla większości z nas czymś dość odległym. Wiedzieliśmy, że istnieje, czasami nawet z niej korzystaliśmy, choć nie zawsze zdawaliśmy sobie z tego sprawę. Dzisiaj jest inaczej. AI weszła do naszego codziennego życia szybko i właściwie bez pytania. Podpowiada nam, co przeczytać, gdzie pojechać, co kupić, pomaga napisać tekst, rozpoznaje naszą twarz w telefonie. Coraz częściej także wspiera decyzje znacznie poważniejsze. I chyba właśnie ta zmiana interesuje mnie najbardziej. W swoich badaniach zajmuję się między innymi relacją człowieka z technologią, ostatnio szczególnie w kontekście sztucznej inteligencji i biometrii. Im dłużej się temu przyglądam, tym bardziej przekonuje się, że najważniejsze pytanie wcale nie brzmi: czy AI będzie od człowieka lepsza? Znacznie ciekawsze jest to, co stanie się z nami, kiedy przyzwyczaimy się, że maszyna podpowiada nam, co mamy zrobić. Kiedy jej zaufamy? Kiedy przestaniemy sprawdzać jej decyzje? A kiedy powiemy: nie, tutaj chcę, żeby zdecydował człowiek?
W przypadku biometrii widać to szczególnie wyraźnie. Otwieram telefon, patrząc na ekran, i po sekundzie jestem rozpoznana. Jest to wygodne, więc właściwie nie zastanawiam się nad tym, co wydarzyło się w tej jednej sekundzie. Sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej, gdy podobny system ma zdecydować, czy osoba stojąca na granicy jest rzeczywiście tym, za kogo się podaje, albo czy twarz zarejestrowana przez kamerę należy do osoby poszukiwanej. Nagle błąd algorytmu przestaje być drobną niedogodnością. Może mieć on bardzo konkretne konsekwencje dla konkretnego człowieka. I właśnie tutaj technologia spotyka się z socjologią. Bo nie chodzi już tylko o skuteczność algorytmu. Chodzi o zaufanie, odpowiedzialność, kontrolę, poczucie bezpieczeństwa, ale również o władzę. Kto podejmuje ostateczną decyzję? Czy człowiek rzeczywiście kontroluje system, czy tylko zatwierdza to, co podpowiedziała mu maszyna? Czy potrafi powiedzieć jej „nie”? I wreszcie, kto odpowiada, kiedy oboje się pomylą?
Myślę, że z punktu widzenia kondycji demokracji właśnie tej zmianie powinniśmy przyglądać się szczególnie uważnie. Demokracja potrzebuje zaufania, ale potrzebuje też możliwości zadawania pytań, kwestionowania decyzji i wskazania osoby lub instytucji, która ponosi za nie odpowiedzialność. Jeżeli coraz więcej decyzji będziemy podejmować wspólnie z maszynami, musimy nauczyć się nie tylko z nimi współpracować. Musimy też wiedzieć, kiedy im nie zaufać. I chyba właśnie to będzie jednym z ważniejszych społecznych wyzwań najbliższych lat.
Wiele osób nadal unika płatności kartą lub telefonem z obawy przed wyciekiem danych, śledzeniem transakcji i utratą prywatności. Obawy te są jeszcze większe w przypadku biometrii, ponieważ dotyczą ochrony wizerunku oraz ryzyka jego wykorzystania przez sztuczną inteligencję. W jaki sposób proponowany przez Panią model nadzoru człowiek–maszyna może rozwiać te wątpliwości i zagwarantować obywatelom, że ich tożsamość nie zostanie bezprawnie wykorzystana przez systemy AI do manipulacji, na przykład poprzez deepfake lub spoofing?
Chyba wszyscy znamy kogoś, kto nadal woli mieć w portfelu gotówkę. Nie dlatego, że nie potrafi zapłacić kartą czy telefonem. Po prostu gotówka daje mu poczucie kontroli. Płacę, chowam resztę do portfela i transakcja się kończy. W świecie cyfrowym nie jest to już takie oczywiste. Zostaje ślad, dane gdzieś wędrują, ktoś je przechowuje i przetwarza. Często nie bardzo wiemy kto, jak długo i w jakim celu.
Z biometrią jest jeszcze trudniej, bo tutaj walutą staje się w pewnym sensie nasze ciało. Hasło mogę zmienić, kartę mogę zastrzec, numer telefonu również mogę zmienić, choć pewnie z pewnym trudem. Ale twarzy, odcisku palca czy tęczówki oka nie wymienię na nowe, kiedy dowiem się, że moje dane zostały przejęte. I myślę, że właśnie dlatego obawy związane z biometrią są czymś zupełnie naturalnym. Do tego pojawiła się sztuczna inteligencja, która sprawiła, że problem stał się jeszcze bardziej skomplikowany. Zdjęcie nie jest już tylko zdjęciem. Głos nie musi należeć do osoby, którą słyszymy. Obraz człowieka może zostać przetworzony, odtworzony albo wykorzystany do stworzenia bardzo przekonującego deepfake'u. Z drugiej strony ta sama sztuczna inteligencja może pomagać wykrywać fałszerstwa, presentation attacks czy próby spoofingu. Technologia jest więc jednocześnie częścią problemu i częścią rozwiązania. I właśnie tutaj widzę miejsce dla modelu Human Machine Teaming, którym się zajmuję. Nie chodzi w nim o prostą zasadę, że człowiek jest lepszy od maszyny i powinien sprawdzać każdą jej decyzję. Nie chodzi też o sytuację odwrotną, w której uznajemy, że skoro algorytm jest bardzo skuteczny, możemy spokojnie pozostawić mu podejmowanie decyzji. Interesuje mnie to, co dzieje się pomiędzy tymi dwoma skrajnościami.
Wyobraźmy sobie system, który ma potwierdzić moją tożsamość. Algorytm porównuje dane biometryczne, analizuje obraz i ocenia prawdopodobieństwo zgodności. Jeżeli wynik jest jednoznaczny, a sytuacja nie budzi wątpliwości, proces może przebiegać automatycznie. Ale jeśli pojawia się anomalia, niska pewność dopasowania, podejrzenie manipulacji obrazem albo sygnał wskazujący na próbę spoofingu, system nie powinien po prostu powiedzieć „tak” albo „nie”. Powinien powiedzieć człowiekowi: „nie jestem pewien, sprawdź to”.
To właśnie ten moment jest dla mnie najciekawszy. Maszyna powinna wiedzieć, kiedy potrzebuje człowieka, ale człowiek musi również wiedzieć, kiedy nie powinien bezkrytycznie zaufać maszynie. Dlatego mówię o współpracy, a nie tylko o nadzorze. Oczywiście sam człowiek włączony w proces nie zagwarantuje bezpieczeństwa. Możemy przecież stworzyć system, w którym operator jedynie mechanicznie zatwierdza kolejne rekomendacje algorytmu. Znamy z badań zjawisko automation bias, czyli tendencję do nadmiernego polegania na automatyzacji. Jeżeli człowiek sto razy zobaczy poprawną odpowiedź systemu, za sto pierwszym razem może już jej naprawdę nie sprawdzić. Dlatego skuteczny nadzór musi być znaczący. Człowiek musi mieć informacje potrzebne do oceny wyniku, znać ograniczenia systemu, rozumieć poziom jego niepewności i przede wszystkim mieć realną możliwość zatrzymania procesu albo zakwestionowania rekomendacji AI.
Ale jest jeszcze jedna rzecz. Nie chciałabym obiecywać, że taki model „zagwarantuje” obywatelom, że ich dane biometryczne nigdy nie zostaną wykorzystane bezprawnie. Żaden uczciwy badacz nie może dać takiej gwarancji. Możemy natomiast projektować system w taki sposób, aby bezprawne wykorzystanie było znacznie trudniejsze, możliwe do wykrycia i żeby zawsze można było ustalić, kto oraz na jakiej podstawie podjął określoną decyzję. I tu wracamy do demokracji. Dla mnie bezpieczeństwo biometrii nie oznacza wyłącznie tego, że system prawidłowo rozpozna moją twarz. Oznacza również, że wiem, kto korzysta z moich danych, po co to robi, jak długo je przechowuje, kto może zakwestionować decyzję systemu i kto odpowiada, jeśli coś pójdzie nie tak. Dopiero wtedy możemy mówić nie tylko o skutecznej technologii, ale o technologii, której jako społeczeństwo możemy rozsądnie zaufać.
Hasło “biometria” często kojarzone jest z chińskim systemem zaufania społecznego (Social Credit System), który przedstawiany jest przede wszystkim jako narzędzie totalnej kontroli i algorytmicznego decydowania o prawach obywateli. Pani projekt podkreśla istotę społecznie godnych zaufania systemów biometrycznych oraz postuluje, że technologia powinna wspierać ludzki osąd, a nie zdejmować z nas odpowiedzialność. W jaki sposób proponowany przez Panią model nadzoru człowiek–maszyna oraz obecność eksperta w procesie decyzyjnym (human-in-the-loop) mogą być skutecznym zabezpieczeniem, chroniącym demokratyczne społeczeństwa przed stronniczością algorytmów i przekształceniem weryfikacji tożsamości w narzędzie opresyjnego nadzoru?
Kiedy słyszymy o biometrii wykorzystywanej przez państwo, bardzo łatwo uruchamia się wyobraźnia. Kamery rozpoznające twarze, ogromne bazy danych, algorytm, który wie, gdzie byliśmy, z kim się spotkaliśmy i co robiliśmy, a następnie na tej podstawie podejmuje decyzję dotyczącą naszego życia. Chiny i ich Social Credit System stały się wręcz symbolem takich obaw. Przy czym warto od razu zaznaczyć, że rzeczywisty chiński system jest znacznie bardziej złożony i mniej jednolity, niż sugeruje jego popularny obraz jako jednego algorytmu przyznającego każdemu obywatelowi punkty. Dla mnie ważniejsze jest jednak pytanie, dlaczego ten obraz tak bardzo nas niepokoi. Myślę, że nie chodzi wyłącznie o samą technologię. Boimy się przede wszystkim sytuacji, w której tracimy kontrolę nad tym, co dzieje się z informacją o nas. Nie wiemy, dlaczego system uznał nas za osobę podejrzaną, nie możemy zakwestionować jego decyzji, nie wiemy, kto za nią odpowiada. Człowiek zaczyna być wtedy sprowadzany do zestawu danych, a decyzja dotycząca jego życia staje się wynikiem procesu, którego on sam nie jest w stanie zrozumieć. I właśnie przed takim sposobem wykorzystania technologii powinien chronić dobrze zaprojektowany Human Machine Teaming.
W proponowanym przeze mnie modelu system biometryczny nie jest podmiotem podejmującym ostateczną decyzję. Jest narzędziem, które pomaga człowiekowi ją podjąć. Może w ciągu sekundy porównać tysiące obrazów, wykryć podobieństwo twarzy, zauważyć anomalię albo wskazać prawdopodobieństwo manipulacji. Ale wynik takiej analizy nie powinien automatycznie stawać się decyzją dotyczącą konkretnego człowieka, szczególnie wtedy, kiedy konsekwencje mogą być poważne. Wyobraźmy sobie bardzo prostą sytuację. System rozpoznawania twarzy wskazuje, że osoba zarejestrowana przez kamerę z dużym prawdopodobieństwem jest osobą poszukiwaną. To jest cenna informacja. Ale między komunikatem „algorytm wykrył podobieństwo” a stwierdzeniem „to jest ta osoba” istnieje ogromna różnica. Właśnie w tej przestrzeni powinien pojawić się człowiek. Ekspert powinien sprawdzić jakość materiału, poziom pewności systemu, inne dostępne informacje, możliwość błędu i dopiero na tej podstawie dokonać oceny.
Jednocześnie bardzo uważałabym ze stwierdzeniem, że sama obecność człowieka rozwiązuje problem stronniczości algorytmów. Człowiek również popełnia błędy. Ma swoje uprzedzenia, działa pod presją czasu, może nadmiernie ufać technologii. Jeżeli jego rola sprowadza się do kliknięcia przycisku „zatwierdź”, mamy człowieka w procesie technicznym, ale nie mamy rzeczywistego ludzkiego nadzoru. Human in the loop ma sens dopiero wtedy, kiedy człowiek rozumie, co ocenia, ma dostęp do informacji o ograniczeniach systemu i może rzeczywiście powiedzieć algorytmowi „nie”. Jest jeszcze jeden problem, który z socjologicznego punktu widzenia wydaje mi się szczególnie ważny. Nawet najlepiej zaprojektowany system Human Machine Teaming nie ochroni demokracji, jeżeli zaczniemy wykorzystywać biometrię do celów, do których nigdy nie powinna być wykorzystywana. Możemy stworzyć niezwykle dokładny, transparentny i świetnie nadzorowany system rozpoznawania twarzy, a następnie użyć go do masowego śledzenia obywateli. Technologia będzie działała znakomicie, tylko społeczne zastosowanie będzie niewłaściwe. Dlatego bezpieczeństwo widzę tutaj szerzej niż samo human in the loop. Potrzebujemy człowieka kontrolującego decyzję maszyny, ale potrzebujemy również prawa, kontroli instytucjonalnej, audytów, jasnego określenia celu wykorzystania danych i realnej możliwości odwołania się od decyzji. Musimy też potrafić powiedzieć, że pewnych zastosowań technologii po prostu nie akceptujemy, nawet jeśli technicznie są możliwe.
I chyba właśnie tutaj przebiega dla mnie jedna z najważniejszych granic między technologią wspierającą demokratyczne społeczeństwo a technologią, która może stać się narzędziem kontroli. Nie chodzi o to, czy maszyna potrafi podjąć decyzję. Chodzi o to, czy jako społeczeństwo chcemy jej tę decyzję oddać.
AI Act reguluje kwestie transparentności, stronniczości algorytmów oraz wykorzystania biometrii w przestrzeni publicznej. Czy z perspektywy Pani badań regulacje prawne są wystarczająco elastyczne, aby sprostać wyzwaniom takim jak face morphing czy automatyzacja nadzoru, jednocześnie nie ograniczając rozwoju odpowiedzialnych innowacji technologicznych?
Mam pewien problem z pytaniem, czy prawo kiedykolwiek może nadążyć za technologią. Kiedy kończymy regulować jedno rozwiązanie, inżynierowie często pracują już nad następnym. W przypadku sztucznej inteligencji i biometrii widać to szczególnie dobrze. Jeszcze niedawno największe emocje budziło samo rozpoznawanie twarzy. Dzisiaj musimy rozmawiać nie tylko o tym, czy system potrafi rozpoznać człowieka, ale również o tym, czy twarz, którą analizuje, w ogóle jest prawdziwa. Face morphing jest tutaj świetnym przykładem. Możemy stworzyć obraz będący połączeniem cech dwóch osób, na tyle przekonujący, że może wprowadzić w błąd system biometryczny. Podobnie jest z deepfake'ami i coraz doskonalszymi metodami spoofingu. To trochę niekończący się wyścig. Tworzymy lepsze systemy identyfikacji, pojawiają się lepsze sposoby ich oszukiwania, więc budujemy jeszcze skuteczniejsze mechanizmy zabezpieczające.
AI Act jest w tym kontekście bardzo ważnym krokiem, przede wszystkim dlatego, że nie próbuje regulować każdej technologii osobno, lecz wychodzi od poziomu ryzyka. W przypadku biometrii wprowadza daleko idące ograniczenia. Zakazuje między innymi nieukierunkowanego pozyskiwania wizerunków twarzy z internetu i nagrań CCTV w celu tworzenia lub rozbudowywania baz rozpoznawania twarzy oraz, poza ściśle określonymi wyjątkami, stosowania zdalnej identyfikacji biometrycznej w czasie rzeczywistym w przestrzeni publicznej przez organy ścigania. W takich wyjątkowych przypadkach przewiduje też dodatkowe zabezpieczenia, w tym ocenę wpływu na prawa podstawowe i co do zasady wcześniejszą zgodę sądu lub niezależnego organu. Bardzo ważne jest dla mnie również to, że europejski prawodawca dostrzega problem ludzkiej kontroli. W przypadku zdalnej identyfikacji biometrycznej w czasie rzeczywistym decyzja wywołująca negatywne skutki prawne dla człowieka nie może opierać się wyłącznie na wyniku systemu. AI Act nakłada także obowiązki dotyczące oznaczania treści typu deepfake jako sztucznie wygenerowanych lub zmanipulowanych.
Czy to wystarczy? Myślę, że nie i chyba nie powinniśmy oczekiwać, że jeden akt prawny rozwiąże wszystkie problemy, które przyniesie rozwój AI. Prawo wyznacza granice, ale pomiędzy przepisem a konkretną sytuacją zawsze pozostaje przestrzeń, którą muszą wypełnić technologia, procedury instytucjonalne i ludzie. I tutaj wracam do mojego projektu. Interesuje mnie właśnie ta przestrzeń. Możemy przecież zapisać w prawie obowiązek nadzoru człowieka, ale pozostaje pytanie, jak ten nadzór wygląda w praktyce. Czy ekspert naprawdę analizuje wynik systemu? Czy wie, kiedy algorytm może się mylić? Czy potrafi rozpoznać sytuację nietypową? Czy ma czas i kompetencje, żeby zakwestionować wynik? A może po kilku tysiącach prawidłowych wskazań zaczyna automatycznie naciskać „zaakceptuj”? To ostatnie pytanie jest dla mnie szczególnie ważne, ponieważ samo wprowadzenie człowieka do procesu nie oznacza jeszcze rzeczywistej kontroli człowieka. Jeżeli operator bezrefleksyjnie zatwierdza decyzje algorytmu, formalnie mamy human in the loop, ale faktycznie decyzję nadal podejmuje maszyna.
Dlatego nie przeciwstawiałabym regulacji innowacjom. Dobre prawo nie powinno mówić naukowcom i przedsiębiorcom: „nie rozwijajcie biometrii”. Powinno raczej jasno określać, gdzie kończy się zwykłe technologiczne ułatwienie, a zaczyna ingerencja w prawa człowieka wymagająca znacznie silniejszych zabezpieczeń. To pozostawia przestrzeń dla innowacji, ale jednocześnie stawia człowieka i możliwe konsekwencje społeczne w centrum projektowania technologii. Być może więc nie potrzebujemy prawa, które będzie próbowało przewidzieć każdą kolejną wersję face morphingu, deepfake'u czy spoofingu. To prawdopodobnie niemożliwe. Potrzebujemy raczej regulacji wystarczająco elastycznych, żeby wraz z technologią mogły zmieniać się standardy bezpieczeństwa, sposoby oceny ryzyka i procedury nadzoru. Bo w gruncie rzeczy pytanie nie brzmi, czy pozwolić technologii się rozwijać. Ona będzie się rozwijała. Pytanie brzmi, czy wraz z nią równie szybko będziemy rozwijać mechanizmy, które pozwolą nam zachować nad nią rzeczywistą kontrolę.
dr Rafał Boguszewski

Tegoroczna konferencja ESA stawia w centrum pytanie o kondycję współczesnych społeczeństw i wzmacnianie demokracji. Co z perspektywy Pana badań jest dziś jedną z najważniejszych zmian społecznych, której powinniśmy przyglądać się szczególnie uważnie?
Myślę, że jedną z najważniejszych zmian jest dziś postępująca erozja przywiązania do instytucji i równoczesna indywidualizacja sposobu, w jaki ludzie organizują swoje życie, wartości i tożsamość. I właśnie religijność jest bardzo dobrym laboratorium do obserwowania tego procesu.
W Polsce przez dziesięciolecia Kościół był nie tylko instytucją religijną, ale także ważnym elementem życia społecznego, wspólnotowego i symbolicznego. Tymczasem coraz częściej obserwujemy sytuację, w której człowiek niekoniecznie odrzuca wszystkie wartości czy potrzebę sensu, ale przestaje uważać, że musi realizować je poprzez określoną instytucję.
W moich badaniach bardzo wyraźnie widać ten mechanizm. Pandemia osłabiła nie tylko możliwość uczestniczenia w praktykach religijnych, ale także społeczne poczucie obowiązku ich wykonywania. Kiedy zniknęła możliwość chodzenia do kościoła, a wraz z nią część społecznej kontroli i rutyny, dla wielu osób okazało się, że można funkcjonować bez tej praktyki. I część z nich po prostu już do niej nie wróciła.
To jest dla mnie szerszy sygnał dotyczący współczesnych społeczeństw. Coraz mniej oczywiste staje się to, że jednostka będzie automatycznie podążała za instytucjonalnymi wzorami zachowań. Dotyczy to religii, ale podobne mechanizmy możemy obserwować również w odniesieniu do innych instytucji i autorytetów.
Z punktu widzenia demokracji jest to ambiwalentna zmiana. Z jednej strony większa autonomia jednostki może oznaczać większą podmiotowość i wolność wyboru. Z drugiej, jeżeli równocześnie słabnie zaufanie do instytucji (które w Polsce nigdy nie było wysokie) i nie pojawiają się nowe formy solidarności i uczestnictwa, możemy mieć problem z budowaniem wspólnoty społecznej. Dlatego pytanie nie powinno brzmieć wyłącznie: „Czy Polacy stają się mniej religijni?”, ale również: „Co dzieje się z więziami społecznymi i źródłami zaufania, kiedy tracą znaczenie tradycyjne instytucje?”
Czy pandemia COVID-19 rzeczywiście zmieniła religijność Polaków, czy raczej przyspieszyła procesy, które rozpoczęły się dużo wcześniej?
Pandemia przyspieszyła i uwidoczniła procesy, które rozpoczęły się wcześniej. Nie była ich jedyną, ani też najważniejszą przyczyną.
Dane CBOS pokazują, że spadek religijności w Polsce nie rozpoczął się w 2020 roku. Trend deintensyfikacji praktyk religijnych był widoczny już wcześniej, a pandemia pojawiła się na jego tle i była raczej kolejnym etapem długofalowych przemian niż początkiem zupełnie nowego procesu.
Pokazują to również moje badania realizowane w sześciu falach na przestrzeni poszczególnych lockdownów oraz już po pandemii. Niewątpliwie jednak pandemia stworzyła sytuację eksperymentalną, choć oczywiście nie w sensie ścisłego eksperymentu. Nagle przerwana została codzienna rutyna praktyk religijnych. Zniknął dostęp do świątyń, zawieszono lub ograniczono uczestnictwo w nabożeństwach, a jednocześnie zmniejszyła się społeczna presja, aby praktykować.
I okazało się, że część osób po prostu nie wróciła do wcześniejszego poziomu zaangażowania. Wśród osób, które przed pandemią regularnie praktykowały, ponad jedna czwarta po pandemii praktykowała rzadziej. Wśród praktykujących nieregularnie około 14% ograniczyło praktyki.
Co jednak ciekawe, pandemia nie zadziałała tylko w jednym kierunku. Część osób religijnych stała się w czasie kryzysu jeszcze bardziej religijna, a 7% tych którzy przed pandemią nie praktykowali, powróciła do mniej lub bardziej regularnych praktyk. W obliczu niepewności, zagrożenia i potrzeby nadania sensu sytuacji kryzysowej religia mogła pełnić funkcję swoistej „kotwicy”. W moich badaniach widać więc nie tylko sekularyzację, ale także polaryzację religijności: jedni oddalali się od praktyk, inni się umacniali w swojej religijności, choć w części przypadków to umocnienie okazało się tylko chwilowe.
Dlatego nie powiedziałbym, że „COVID-19 odebrał Polakom religijność”. Trafniejsze jest stwierdzenie, że COVID-19 osłabił rutynowy i instytucjonalny charakter religijności oraz przyspieszył proces jej różnicowania się.
Co najczęściej decydowało o tym, że osoby ograniczające praktyki religijne nie wracały już do nich po pandemii – utrata wiary, dystans wobec Kościoła, zmiana stylu życia czy jeszcze inne czynniki?
I tutaj wyniki są szczególnie interesujące, bo pokazują, że nie ma jednej przyczyny. Co więcej, sama pandemia okazuje się mniej ważna niż mogłoby się początkowo wydawać.
W badaniu osoby, które po pandemii deklarowały rzadsze praktykowanie niż przed pandemią, najczęściej wskazywały trzy grupy powodów: utratę zaufania do księży i Kościoła instytucjonalnego, brak czasu lub ochoty oraz utratę albo osłabienie wiary. Strach przed zakażeniem również pojawiał się w odpowiedziach, ale stosunkowo rzadko.
To, co szczególnie zwróciło moją uwagę, to wypowiedzi respondentów w wywiadach i pytaniach otwartych ankiety. Niektórzy mówili wprost, że w czasie pandemii „nauczyli się żyć bez Kościoła”. Dla innych pandemia stała się momentem, w którym zaczęli na nowo oceniać Kościół, księży i własną relację z religią. Pojawiały się też wypowiedzi wskazujące, że czytanie, oglądanie i słuchanie różnych treści w okresie pandemii zmieniło ich światopogląd.
Jeszcze ważniejszy jest jednak kontekst instytucjonalny. Wśród powodów odejścia bardzo często pojawiały się: brak zaufania do Kościoła, rozczarowanie księżmi oraz krytyka zaangażowania Kościoła w politykę. Takie argumenty szczególnie często pojawiały się wśród kobiet, osób lepiej wykształconych, w średnim wieku i lepiej sytuowanych materialnie.
Dlatego powiedziałbym, że pandemia zadziałała na część społeczeństwa trochę jak „wyłącznik” dotychczasowego automatyzmu. Jeżeli ktoś już wcześniej praktykował raczej z przyzwyczajenia, tradycji albo dlatego, że „tak się robiło”, to przerwanie tej rutyny mogło wystarczyć, żeby do niej nie wrócić. Ale w wielu przypadkach późniejsza decyzja o niepowrocie była już związana z głębszą oceną własnej wiary, Kościoła i jego miejsca w życiu społecznym i osobistym.
To zresztą bardzo dobrze oddaje jedno ze zdań, które pojawia się w moich materiałach: „Kościół przestał być obowiązkiem”. I moim zdaniem jest to jeden z kluczowych elementów tej przemiany, o której rozmawiamy.
Czy obserwowane zmiany oznaczają przede wszystkim postępującą sekularyzację Polski, czy raczej przejście od religijności instytucjonalnej do bardziej indywidualnych form wiary i duchowości?
Powiedziałbym, że jedno i drugie, ale na różnych poziomach.
Jeżeli przez sekularyzację rozumiemy przede wszystkim spadek uczestnictwa w praktykach religijnych, osłabienie identyfikacji z instytucjami religijnymi i zmniejszenie znaczenia religii w codziennym życiu, to rzeczywiście mamy w Polsce do czynienia z postępującą sekularyzacją. I jest to proces wcześniejszy niż pandemia. Dane CBOS, pomimo stabilizacji poziomu praktyk religijnych w ostatnim czasie, nadal pokazują znacznie większą skalę dystansu wobec nich niż przed pandemią.
Ale na tym nie powinniśmy kończyć analizy.
Moje badania sugerują, że nie wszyscy, którzy oddalają się od Kościoła, przestają poszukiwać sensu, wartości czy doświadczeń duchowych. Właśnie dlatego w projekcie rozróżniam trzy główne trajektorie przemian: „od praktyki do dystansu”, „religijność wzmocniona” oraz „nowe formy duchowości”.
W tej trzeciej grupie pojawiają się praktyki i sposoby poszukiwania sensu, które nie muszą być związane z Kościołem: medytacja, joga, psychoterapia, coaching czy innego rodzaju indywidualne praktyki duchowe. Nie oznacza to oczywiście, że wszyscy niepraktykujący stają się lub pozostają „duchowi”. To byłoby zbyt daleko idące uogólnienie. Chodzi raczej o to, że religijność instytucjonalna przestała być i coraz rzadziej jest jedynym dostępnym sposobem odpowiadania na pytania o sens, wartości i transcendencję.
Dlatego najtrafniejszym określeniem wydaje mi się transformacja religijności. Mamy jednocześnie sekularyzację, indywidualizację i pluralizację. Część ludzi rzeczywiście odchodzi od religii, część pozostaje wierząca, ale praktykuje mniej, część wzmacnia swoje zaangażowanie, a jeszcze inni poszukują form duchowości poza instytucjami religijnymi. To jest zresztą zgodne z szerszym europejskim kierunkiem zmian, na który wskazują badania międzynarodowe.
Dlatego zamiast mówić, że „Polacy po prostu przestają wierzyć”, powiedziałbym raczej, że traci znaczenie model religijności opartej na instytucji, obowiązku i społecznej rutynie, a coraz większego znaczenia nabiera religijność wybierana, sprywatyzowana i zróżnicowana.
I być może właśnie to jest najważniejszy wniosek z moich badań: przyszłość religijności w Polsce nie musi być i z pewnością na tym etapie nie jest prostą historią o jej zaniku. Bardziej prawdopodobna wydaje mi się historia przejścia od religijności instytucjonalnej do religijności bardziej dobrowolnej, zindywidualizowanej i pluralistycznej, przy jednoczesnym dalszym wzroście grupy osób całkowicie niereligijnych choć niekoniecznie odrzucających wszelkie formy duchowości.
ESA na kampusie SGGW – nauka, tradycja i akademicka tożsamość
Konferencja ESA po raz pierwszy odbywa się w Warszawie i po raz drugi w Polsce – po konferencji zorganizowanej w Toruniu w 2005 roku. Organizatorami 17. Konferencji ESA jest warszawskie środowisko socjologiczne: Polskie Towarzystwo Socjologiczne, Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie,Uniwersytet Warszawski, Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego, Instytut Filozofii i Socjologii Akademii Pedagogiki Specjalnej, Uniwersytet SWPS, Uniwersytet Civitas, Akademia Leona Koźmińskiego.
17th Conference of the European Sociological Association
25–28 sierpnia 2026 r., Warszawa
26–27 sierpnia 2026 r. – główny program naukowy na kampusie SGGW, ul. Nowoursynowska 166
Naukowcy SGGW w programie 17. Konferencji ESA
W programie naukowym konferencji swoje badania zaprezentują naukowcy Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego:
- Rafał Boguszewski – „Determinants and Consequences of Poles’ Withdrawal from Religious Practice in the Context of the COVID-19 Pandemic”, sesja „Changes of religious beloning and constellations of religious actors”. Rafał Boguszewski będzie również przewodniczył tej sesji jako session chair.
- Konrad Burdyka – „The Rural Shield: Traditional NGOs at the Frontline of Social Resilience in Poland”, sesja „Institutions and Rural Futures”.
- Jolanta Grotowska-Leder – „Declining Fertility as a Result of Post-modern Risks and the Creation of New Threats in Key Spheres of Individual and Social Life. The case of Poland”, sesja „Everyday Risk, Social Change and Life Trajectories”.
- Małgorzata Herudzińska – „Determinants and Consequences of Poles’ Withdrawal from Religious Practice in the Context of the COVID-19 Pandemic”, sesja „Changes of religious beloning and constellations of religious actors”.
- Agnieszka Kampka – „Communication Practices in Democracy – Participation in the City”, sesja „Practices of urban engagements”.
- Wojciech Połeć – „Problems of Renaissance And Institutionalization Of The Ethnic Belief System In Contemporary Societies. The Case Of Buryat Shamanism.”, sesja „Transformations of religious institutions”.
- Urszula Soler – „Human–Machine Collaboration in Trustworthy Biometrics: Social Dimensions of Technological Supervision”, sesja „Trust, Ethics and Human-AI Relations”.
- Bartosz Łukaszewski – „Polish Youth in the Algorithmic, Multidimensional and Multipolar World – Anxiety, Subjective General Health, Development Opportunities”, sesja „Children and Youth in Transformation: Methodological and Contextual Challenges”.
- Michał Wujek – „From Education to Employment: A Psychocybernetic Model of University–Socio-Economic Cooperation”, sesja „Crises”.
- Joanna Wyleżałek – „From Education to Employment: A Psychocybernetic Model of University–Socio-Economic Cooperation”, sesja „Crises”.
Doktorantki SGGW
- Dominika Dziurosz-Serafinowicz – „Where Does a Lie Lie?”, sesja „(Non)understanding in Interaction”.
- Wiktoria Ługowska – „Conscious Creators or Passive Users? A Systematic Literature Review on Youth Digital Literacy in the Process of Building Peer Relationships”, sesja „Youth, Peer Relationships and Social Cohesion”.
Więcej o kongresie ESA na SGGW na: